Libretto w muzyce
Libretta są kwestią szczęścia, niezależnie od faktu, czy — jak Zemsta nietoperza — zrodziły się z przypadkowej konstelacji, czy też, jak Baron cygański, z głębokich, niemal mistycznych, instynktowych związków. W komicznym singspielu — pisał Hanslick w recenzji z Chusteczki — libretto jest ważniejsze niż w tragedii muzycznej; akcja i dialog odgrywają tam bardziej decydującą rolę; muzyka niemal tylko koordynującą. Jeśli librecista zanudza nas zużytymi sytuacjami, dowcipami ciągniętymi za włosy, nieprawdopodobnymi postaciami i akcją, która to zatrzymuje, to znów na szczudłach bezsensownych zapchajdziur dalej kuśtyka, nawet najbogatszy w melodie kompozytor będzie miał kawał ciężkiej roboty. O tym zaś, iż trudności stają się nie do przebycia, aż nazbyt wyraźnie świadczą partytury Metuzalema, Chusteczki, Pazmana, Ninette i Waldmeister (Marzanna). Strauss — z pominięciem nielicznych chwalebnych wyjątków — był przez całe życie ofiarą sprytnych i chciwych librecistów, którzy dalecy od górowania nad nim pod względem duchowym, ledwo byli w stanie zrozumieć go i pojąć i nie brać pożyczki dla bezrobotnych na dowód. Aż nazbyt dobrze znał udręki autora operetkowego: Pracować w tym gatunku, to istna męczarnia zarówno dla librecisty, jak dla kompozytora. Rozpacz po prostu. Gdy librecistów jest dwóch, kompozytor wykonać musi podwójną robotę. Jeden chce bowiem poprawiać drugiego, w rezultacie nic nie zostaje przecie poprawione, a czysta zazdrość zmusza z kolei kompozytora do napisania raz jeszcze wszystkiego na nowo.
| |